Wersji TL;DR nie będzie

Kilka tygodni temu nie miałem pojęcia o istnieniu terminu “kultura kompresji”.

Podsunał mi go algorytm Substacka w postaci opublikowanego przez Maalvikę tekstu “compression culture is making you stupid and uninteresting” (miałem szczęście załapać się jeszcze na jego bezpłatną wersję). 

Wszystko w tym tytule przykuło moją uwagę. A w trakcie jego lektury miałem solidny “aha moment”. Nie tylko dlatego, że autorka opisała zjawisko, które od dłuższego czasu wywoływało we mnie narastającą frustrację. Ale również pomogła połączyć wiele kropek, które nawet nie sądziłem, że mają jakieś części wspólne.

Nagle okazało się, że moje luźne przemyślenia o spadku kreatywności, narastająca irytacja na wszechobecny przymus upychania treści w 90-sekundowe formaty i to, jak niesłusznie “to zależy” stało się memem, nie były wcale osobnymi wątkami, Tylko symptomami tego samego zjawiska.

JPEGmafia.mp3

Formaty takiej jak JPEG czy MP3 zrewolucjonizowały cyfrową rzeczywistość. Dane stały się lekkie i mobilne, a dzięki temu – dużo łatwiej dostępne. Te procesy uruchomiły innowacje, które dziś kształtują naszą rzeczywistość. Od aparatów w telefonach, przez social media, po serwisy streamingowe.

Dostępność stała się standardem. Zachłysnęliśmy się nią. A nawet – uzależniliśmy się. Sęk w tym, że u podstaw tej rewolucji stała kompresja stratna.

Zmniejszenie rozmiaru oznaczało świadome, trwałe usunięcie części informacji. Godziliśmy się na utratę wierności oryginałowi w zamian za gigantyczny zysk w szybkości i wygodzie.

Uczestnicząc w tej transformacji, byliśmy świadomi tego transakcyjnego kompromisu. Z czasem jednak skompresowane media stały się standardem. I przestaliśmy w ogóle zauważać, a często w ogóle mieć świadomość, że mamy do czynienia z “uboższą” wersją. Przyzwyczailiśmy się.

Paradoks

Cała nasza cyfrowa kultura opiera się na fundamencie kompresji stratnej. A nasze oczekiwania względem jakości poszybowały w kosmos.

Dziś mało kto z własnej woli ogląda filmy w jakości, w której trzeba się domyślać, co dzieje się na ekranie.

Czy ktoś tu jeszcze pamięta filmy nagrywane z ukrycia w trakcie seansu kinowego? Teraz przewracam oczami, gdy okazuje się, że na nowy film trzeba wybrać się do kina.

A chwilowa utrata ostrości obrazu podczas streamingu wywołuje frustrację i zniecierpliwienie.

Wszystko wszędzie naraz

Chcemy mieć natychmiastowy dostęp, który dała nam kompresja. Oraz najwyższą, bezstratną jakość. To podwójne, niemożliwe do pogodzenia pragnienie stało się naszym domyślnym ustawieniem. I zaczęliśmy je przekładać na każdy inny aspekt naszego życia.

Argumenty na to, dlaczego świat tak przyspieszył znaleźć można w książce “The Condition of Postmodernity” Davida Harvey’a.

Według autora, w wyniku postępu technologicznego nasze postrzeganie czasu i przestrzeni zmieniło się tak bardzo, że musieliśmy na nowo zdefiniować otaczający nas świat. 

Opisane przez niego zjawisko “kompresji czasoprzestrzeni” miało dwa wymiary – metaforyczne kurczenie się globu i poczucie, że wszystko dzieje się jednocześnie. 

Harvey zauważył, że dzięki rozwojowi lotnictwa oraz internetu odległości geograficzne tracą na znaczeniu, a wydarzenia z drugiego końca świata docierają do nas niemal natychmiast.  

I jest to bezpośrednia konsekwencja ewolucji kapitalizmu. W odpowiedzi na kryzysy w latach siedemdziesiątych, kapitał musiał stać się szybciej dostępny i łatwiejszy w przemieszczaniu. Ta ekonomiczna presja napędzała z kolei potrzebę szybkości i natychmiastowości we wszystkim: w pracy, konsumpcji i życiu społecznym. Tworząc fundamenty kultury kompresji.

Tę perspektywę pogłębia francuski filozof Bernard Stiegler, według którego technologia może być zarówno lekarstwem, jak i trucizną. Staje się tą drugą, gdy rozwiązania służące do kompresji czasu i przestrzeni zostają wykorzystane  do napędzania konsumpcjonizmu. 

I jest to bezpośrednia konsekwencja ewolucji kapitalizmu. W odpowiedzi na kryzysy w latach siedemdziesiątych, kapitał musiał stać się szybciej dostępny i łatwiejszy w przemieszczaniu. Ta ekonomiczna presja napędzała z kolei potrzebę szybkości i natychmiastowości we wszystkim: w pracy, konsumpcji i życiu społecznym. Tworząc fundamenty kultury kompresji.

Tę perspektywę pogłębia francuski filozof Bernard Stiegler, według którego technologia może być zarówno lekarstwem, jak i trucizną. Staje się tą drugą, gdy rozwiązania służące do kompresji czasu i przestrzeni zostają wykorzystane  do napędzania konsumpcjonizmu. 

Prowadzi to do procesu, w którym zastępujemy długofalowe, wymagające cierpliwości dążenia (jak nauka czy rozwój) krótkotrwałymi impulsami dającymi błyskawiczną gratyfikację. W ten sposób tracimy wiedzę o tym, jak żyć (savoir-vivre) i jak tworzyć (savoir-faire), a nasze zachowania stają się zautomatyzowane i podporządkowane zewnętrznym systemom.

Zupka instant

Ta bezrefleksyjna pogoń za uproszczeniem i natychmiastowym efektem zdominowała naszą kulturę pracy.

Oczekuje się od nas, że wszystko co dostarczamy będzie maksymalnie skompresowane do najważniejszych wątków. I podane na tacy w formie gotowych wniosków czy rozwiązań.

Tylko, że… traktując wiedzę jak produkt instant, usuwamy cały proces, który prowadzi do jej zdobycia. Rezygnujemy z przestrzeni na eksperymentowanie, popełnianie błędów i wyciąganie z nich nauki. 

Odbieramy sobie cały, autentyczny proces budowania i poznawania czegokolwiek.

To nie dla nas

Spotykam się z tym non stop. 

Ktoś bierze się za Scruma, by po kilku sprintach stwierdzić: “to nie dla nas, nasza rzeczywistość jest zbyt złożona”. I albo zaczyna się jakieś patologiczne dostosowywanie frameworka do swoich realiów (często generując jeszcze większe dysfunkcje), albo wdrażanie kolejnej srebrnej kuli (“Róbmy Kanbana!“).

Tylko, że… Scrum (Kanban, OKRy lub dowolny inny zestaw procesów) sam w sobie nie jest obietnicą wyeliminowania problemów. 

Wręcz przeciwnie! W bardzo krótkim czasie zostaną wyciągnięte na wierzch wszystkie dysfunkcje organizacji: brak priorytetów, chaos w celach, unikanie odpowiedzialności. Staną się one widoczne. A przez to… niewygodne.

I w tym miejscu najczęściej wchodzi kultura kompresji. Zamiast potraktować te problemy jako zaproszenie do pracy, skupiamy się na szukaniu szybkich fixów.

Widzimy ciszę na spotkaniach, więc organizujemy “warsztat z komunikacji”. Zamiast zrozumieć, co za tą ciszą stoi. 

Albo oczekujemy, że dwudniowe szkolenie i certyfikat dla jednej osoby magicznie zmienią mindset całej organizacji. 

To jest właśnie myślenie skompresowane – przeskakiwanie od objawu do powierzchownego rozwiązania. Z pominięciem najważniejszego: zrozumienia istoty problemu.

Zaciąganie długu

Sęk w tym, że szybkie fixy niczego nie naprawiają. One jedynie odraczają możliwość rozwiązania problemu. Równocześnie go pogłębiając. 

Każde powierzchowne działanie, każdy zignorowany symptom i każda niewygodna rozmowa, której uniknęliśmy, kumulują się. 

Dokładnie ten mechanizm jest istotą mojego modelu Collaboration Debt. Kultura kompresji jest kolejnym puzzlem w tej układance. 

Sprawia, że dług rośnie niepostrzeżenie – przez drobne zaniedbania w komunikacji, procesach i relacjach. 

Ignorowanie złożoności i sięganie po proste odpowiedzi stopniowo kumuluje jego wartość, aż zaczynamy realnie odczuwać jego efekty w codziennej pracy.

Bo to właśnie umiejętność dostrzegania, nazywania i zrozumienia tych złożonych problemów jest pierwszym krokiem do tego, by zacząć ten dług spłacać.

Zacznij od “dlaczego”

Okej. Dużo mądrej teorii. Która być może nawet uruchomiła u Ciebie jakieś procesy myślowe. Ale jeśli na tym etapie zadajesz sobie pytanie: “no… i co w związku z tym wszystkim?”, to pozwól, że zostawię Cię z czymś konkretnym.

Nie spodziewaj się rewolucji. Choć w zasadzie… jest to “jeden prosty trik”. Ale równocześnie – to powrót do absolutnych podstaw. 

Gdy następnym razem natrafisz na problem, zanim uruchomisz automatyczny algorytm “jak to naprawić?” – zatrzymaj się. Skup się na samym problemie. I zadaj inne, otwierające pytanie: “dlaczego on w ogóle się pojawił?”.

Najczęściej… pierwsza odpowiedź może być powierzchowna. By przebić się przez tę warstwę wymówek i szybkich diagnoz, czasem warto pociągnąć temat dalej. Zapytać o kolejne “dlaczego…” . I znowu. 

Możesz to nazwać metodą “5 Whys“. Ale nie chodzi o sztywne trzymanie się ilości powtórzeń. Czasem już to pierwsze zatrzymanie zrobi różnicę. Chodzi o to, by dać sobie przestrzeń na zanurkowanie głębiej.

I to jest chyba najważniejsza kwestia.

Zmiana nie zaczyna się od nowego narzędzia, ale od momentu, w którym dostrzegasz, że działasz na autopilocie. To pierwszy krok do odzyskania sprawczości i początek każdej świadomej zmiany. 

To przejście od bycia sterowanym do przejęcia sterów. Od tego momentu to Ty decydujesz, co dalej.

Mówię “nie”

Cała ta historia – od stratnej kompresji plików po powierzchowne fixy w zespołach, pokazuje presję, której wszyscy podlegamy. Presję na natychmiastowość.

Ta treść, w celowo nieskompresowanej formie, jest moją osobistą formą oporu. 

Świadomą niezgodą na wszechobecną presję upraszczania, spłycania i pakowania złożonych myśli w 90-sekundowe formaty. To próba stworzenia przestrzeni na oddech w świecie, który cierpi na chroniczną zadyszkę.

Bo głęboko wierzę, że nie jest na to za późno. I chcę, by to miejsce było zaproszeniem do rozmowy. W której “to zależy” jest początkiem wspólnej eksploracji, a nie powodem do przewracania oczami.

I tu moje pytanie do Ciebie:
w jakich sytuacjach najmocniej odczuwasz tę presję? Gdzie najtrudniej jest Ci dzisiaj powiedzieć “stop, potrzebujemy się nad tym zastanowić głębiej, a nie szukać łatki”
?

Jestem bardzo ciekaw Twojej perspektywy. Każda odpowiedź to dla mnie dowód, że nie jestem sam w tym poczuciu. Podziel się swoimi przemyśleniami w sekcji komentarzy pod tym postem na LinkedInie.


Ten artykuł pochodzi prosto z mojego newslettera “Nie jest za późno“. Jego subskrybenci otrzymali tę treść na swoje skrzynki już kilka tygodni temu.

Jeśli chcesz dołączyć do grona czytelników, którzy mają dostęp do treści przed innymi, zapisz się poniżej: